Na to pytanie z powodzeniem może odpowiedzieć ta część mieszkańców osiedla Króla Augusta, która od kilku lat nie pozwala na wybudowanie placu zabaw.
- Niech pani spojrzy jak to wygląda – mówi jeden z mieszkańców bloku 33 i prowadzi mnie na tyły budynku. Wyłania się obraz nędzy i rozpaczy: wielki kleks spękanego asfaltu, stara piaskownica, kilka łuszczących się drabinek koloru nijakiego. Plac wygląda na brudny i zaniedbany. - A tu proszę - tabliczka z zakazem wyprowadzenia psów – dodaje z wisielczym humorem. – Niby gdzie ten pies miałby się załatwiać, na asfalcie? I jeszcze ta siatka jak z obozu koncentracyjnego...
Resztki peerelowskiego skansenu
Grupa młodych matek siedzi na przyblokowych ławeczkach. Dzieci jeżdżą na rowerkach, próbują grać w piłkę, prowadzą wózki z lalkami po chodnikach. – Dzieci się tutaj nudzą – mówią kobiety – nie ma placu zabaw, to bawią się na parkingu. No bo gdzie? Na tych resztkach peerelowskiego skansenu?! Gdyby był plac zabaw to można by na spokojnie obiad ugotować i „mieć oko” na bawiące się dzieci, a tak to się człowiek martwi, czy któreś pod samochód czasem nie wpadnie. Dziecko trudno upilnować – wzdychają.
Młodzi mieszkańcy nie wiedzą, dlaczego pod blokiem nie ma placu zabaw. – Nie wiedzą, bo i skąd? – tłumaczy jedna ze stałych mieszkanek. – Tu konflikt ciągnie się od lat. Tylko nikt o nim głośno nie mówi i znają go tylko ci, co tu kawał życia spędzili. A młodzi przychodzą i odchodzą, co rusz wprowadza się ktoś nowy. Jaki konflikt? – pytam. – Takie sąsiedzkie nieporozumienia – mówi. – Mieszka tu jedna taka pani, co to zadarła już chyba ze wszystkimi. Ciągle jej coś zawadza, oprócz własnego nielegalnego ogródka – nie mogę uwierzyć, że jedna osoba ma wpływ na całe podwórko. Kieruję się do oddziału MZBM-u, któremu podlegają bloki przy ul. Króla Augusta, m.in. interesujące mnie 33 i 31.
Starzy nie chcą placu zabaw
- Może nie jedna osoba, choć ta szczególnie – mówi Stanisława Gołąbek z MZBM-u. – Ciągle dostajemy od niej jakieś skargi, wnioski, zażalenia. – To nie jest tak, że my nie chcemy postawić tam placu zabaw – tłumaczy – to starzy lokatorzy tego nie chcą. Odchowali swoje dzieci i wszystko im przeszkadza. Może gdyby odwiedzali ich wnuki, to by zmienili zdanie. Na tym podwórku stały kiedyś kosze do koszykówki, żeby dzieciaki mogły sobie pograć – lokatorzy kazali je wyciąć, bo im piłka przeszkadzała. Parę lat temu chcieliśmy postawić tam zestaw do zabawy, to natychmiast zaczęły napływać wnioski, że sobie tego nie życzą, że hałas będzie. Tak samo było z ławką. W tym roku planujemy tylko postawić nową, drewnianą piaskownicę, ale to też na życzenie lokatorów – stara stała za blisko bloku, dzieci ponoć piaskiem sypały.
Na rzeszowskich podwórkach nowe place zabaw powstają jak grzyby po deszczu. Cała Polska jest przecież zaangażowana w politykę prorodzinną. Na Podkarpaciu buduje się żłobki, powstają prywatne przedszkola, trwają rankingi na najlepsze podwórka. Tymczasem osiedle Króla Augusta, a właściwie jego starzy mieszkańcy, placu zabaw sobie nie życzą, ani hałasu, ani dzieci. – Chyba by chcieli, żeby ich zabetonować i murem odgrodzić od reszty miasta – mówi przekornie jeden z mieszkańców.
- Raz dostaliśmy wezwanie od jednego z lokatorów, – opowiada zastępca kierownika MZBM-u przy Okulickiego – że dzieci postawiły sobie namiot na trawniku. Przychodzę, patrzę, a tam takie malutkie „iglo” stoi i dzieci czteroletnie na kocu sobie siedzą. Wystarczyło większy krok postawić, takie to było maleństwo. To ja się pytam tego pana, co mu ten namiocik przeszkadza? A on mi na to, że mu trawę pod balkonem niszczy. No ręce po prostu opadają. Ale młodzi niech walczą, popieramy ich.
- Kiedyś tu stał taki ładny plac zabaw – mówi mi mieszkanka osiedla. – Moje dzieci go jeszcze pamiętają. – Huśtawki były, drabinki, jakieś grzybki, ale to wszystko porozbierali.
- Postawiliśmy już zestaw na ulicy Warszawskiej, dwa na ulicy Broniewskiego, na Króla Augusta w tym roku nie planujemy nic, oprócz wspomnianej piaskownicy. Na siłę nie możemy – tłumaczy Gołąbek. – Poza tym to są drogie zestawy, takie o unijnych standardach – kosztują od 12 do 20 tyś. zł. – Kto wie, co by się stało, jakbyśmy spróbowali jeden postawić? Kazaliby rozebrać? – zastanawia się Gołąbek. - Nie zdziwiłabym się, gdyby go podpalili – wtrąca zastępca kierownika.