Straszą ich komornikami, odcinają prąd, podwyższają czynsz…i co? I nic! Przydworcowe budy wciąż stoją a w uszy sączy się nieśmiertelny hicior „Majteczki w kropeczki”.
W przydworcowych budach można kupić sobie parasol, kasetę zespołu Skaner, czasopismo „Pani domu” – numer z lat 90-tych, czy kawę słodzoną z solniczki. To prawdziwy skansen rzeczy kiczowatych, nieprzydatnych, z terminem ważności zamazanym czarnym flamastrem. Ale o dziwo jakimś cudem ten skansen jeszcze się trzyma i ma swoich klientów.
Tu mogła by się rozgrywać akcja jakiejś powieści dresiarskiej. Szczególnie w godzinach nocnych, kiedy ustawiają się kolejki do budek z zapiekankami, po drugiej stronie świeci na czerwono „Społem”, a pod całodobowym monopolowym koczują ci, którym zawsze dwa złote do piwa brakuje. Pewnie kiedyś będziemy to miejsce wspominać z sentymentem, ale teraz to „wstyd i hańba” zwłaszcza dla stolicy innowacji.
Właścicielom budek przy PKP powiedziano w 2004 roku, że mają się wynosić. Na początku były plany, że jednak nie wynosić, ale przenosić na tyły dworca PKS, tam będzie pawilonik w sam raz na drobny handelek. Z planów nic jednak nie wyszło, więc dano sobie spokój z delikatnościami – w marcu ub. r. ośmiu budkom wypowiedziano umowy. Odpadł Ruch i Totalizator. Reszta stała nadal. Podniesiono o 100 proc. czynsz. Odcięto prąd. Kilku właścicieli nie wytrzymało polowych warunków albo nie znalazło desperatów, którzy by chcieli w takich warunkach pracować. Odpadły kolejne budki. Reszta stoi jak by ich przyspawano. No to teraz PKP ma zamiar posłać komornika. Tak na dobitkę.
Pozostaje uporządkować plac przy PKS. Zwłaszcza, że budynek poczekalni ma zostać odnowiony. Ma tam powstać nawet punkt gastronomiczny. Odrobina komfortu. Gdyby tak jeszcze dworzec autobusowy nam odnowili to byłby luksus pełną gębą.