Ostatni wyścig ogólnopolskiego cyklu Skandia Maraton zawitał do Rzeszowa, a liczącą 84 kilometry trasę opracował tutejszy kolarz Marcin Piecuch, któremu po raz kolejny udało się zawitać do czołówki wyścigu. Tym razem bez zwycięstwa, bo poprzeczka znacznie się podniosła – to efekt połączenia zawodów z ostatnim przejazdem w ramach Pucharu Polski w Maratonach MTB.
Trasa to ciężkie 84 km w których najważniejsze ze strategicznego punktu widzenia była pętla o długości 32 km. Ciężki odcinek prowadził przez polne ścieżki, często pokryte błotem i mokrymi liśćmi, nie brakowało też szutru, który zaraz po sztywnych podjazdach był najbardziej wyczerpującym elementem wyścigu.
Dla rzeszowskiego kolarza rywalizacja wcale nie była łatwa. Miał on co prawda przewagę nad pozostałymi zawodnikami, bo to właśnie on decydował o tym, którędy maraton pojedzie, niemniej czołowi polscy zawodnicy, którzy zjechali do Rzeszowa narzucili tempo, które ciężko było utrzymać.
W efekcie po kilku czasowych stratach Marcin Piecuch odrobił najgorsze w maratonie trzy minuty, do zaledwie jednej. To dało mu trzecią pozycję w klasyfikacji generalnej 8., rzeszowskiej edycji Skandii.