U Brata Alberta nie zamykają się drzwi, a prezes Zacios dostawia kolejne materace. Każdy, kto przyjdzie, może liczyć na nocleg. Choćby w kaplicy…
- W lecie niebyt chętnie przychodzą – mówią mi mieszkańcy rzeszowskiego Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. – No chyba, że ich przyciśnie. Podkurują się trochę i znikają na kolejne miesiące. My tu mamy swoje zasady. Dyscyplinę. Zero alkoholu, praca społecznie – użyteczna. Wiadomo, nie każdemu to odpowiada. W lecie wypije się tego jabola i zaśnie na ławeczce w parku, a w zimie? W zimie z takiego snu można się już nie wybudzić.
W zimie do noclegowni bezdomni walą drzwiami i oknami. Dyscyplina nie przeszkadza, kiedy na zewnątrz minus dwadzieścia i zamarzają nawet gile w nosie. Rygor też nie jest taki jak w lecie. – Jak ktoś by w lecie przyszedł na gazie, to by go nie wpuścili – tłumaczą mieszkańcy. – W zimie co innego. W zimie się pije, żeby nie zamarznąć.
Na wstępie bezdomni idą pod prysznic. Dostają ręczniki i maści na choroby skóry. Stare ubrania, zarzewia epidemiologiczne, są od razu palone. U Alberta ubrań pod dostatkiem. Niekiedy nawet markowych, ze starej kolekcji, która nie zeszła w sklepach. Jest kuchnia albertyńska, która zaopatruje punkty wydawania ciepłych posiłków. Można zjeść i przespać się w cieple.
W noclegowni jest 80 miejsc, ale w ostatni czwartek nocowało tam 113 osób. Prezes Zacios nie odpuści, pościeli nawet w kaplicy, a pomocy nie odmówi.